wtorek, 17 października 2017

Przemyślenia po latach stosowania koreańskiej pielęgnacji.

     Azjatyckie kosmetyki zajmują u mnie dość sporo miejsca. Od dłuższego czasu wybieram, przebieram, szukam i testuję, mając nadzieję, że choć trochę poprawię stan swojej skóry.
Nie jest to dla was nic nowego, prawda? Każde z nas chciałoby mieć skórę jak po Photoshopie – gładką, promienistą, bez przebarwień, skaz, blizn i trądziku. Niestety, bardzo rzadko się to zdarza, a takie osoby mogą czuć się wybrańcami losu. Najczęściej każda z nas ma jakieś „ale” do stanu swojej skóry.
     Po pierwszym zachłyśnięciu się kolorami i zapachami, przyszedł czas na spojrzenie wstecz i podsumowanie swojej wiedzy odnośnie pielęgnacji.


     Początkowo kupowałam kosmetyki losowo – kierując się tylko z grubsza opisami, do jakiej cery ma być i co (w założeniu) ma robić. Rezultat był łatwy do przewidzenia – półki zawalone tanimi, kolorowymi kosmetykami, które w większości tylko wyglądały. Zdarzyły się też (o zgrozo!!!) kosmetyki z Allieexpress, na szczęście tylko dwa. W zasadzie nic złego mi nie zrobiły – ba, z olejku do mycia twarzy byłam naprawdę zadowolona, ale nigdy więcej nie powtórzyłam tego błędu i staram się trzymać z daleka od Allie.
      Chwilę później zaczęłam stosować „dziesięć kroków” według przepisu Charlotte Cho. I kolejny błąd, tym razem chyba wynikający z mojego niemyślenia. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że warto by było poczekać, aż jeden kosmetyk się wchłonie, a nie ładować jeden po drugim na skórę Choć jak tak myślę, pewnie jakiś wpływ miało na to hasło, że na te 10 kroków wystarczy w zupełności 10 minut. Od razu mówięNIE.
10 minut nie wystarczy, zwłaszcza, jeśli się używa masek w płachcie. Na nie same potrzeba co najmniej 15-20 minut a gdzie reszta?
      Następnym błędem było pakowanie na twarz absolutnie nie przemyślanej linii pielęgnacyjnej, kolejny błąd po przeczytaniu książki pani Cho, która zalecała gdzieś tam stosować kosmetyki na każdą bolączkę skóry. Jeśli ktoś ma jeden, dwa problemy, to takie założenie jeszcze ujdzie, ale jeśli zamierzasz stosować jednocześnie coś na zmarszczki, wybielenie, wyrównanie kolorytu, rozszerzone pory, pryszcze, skórę mieszaną….No nie, trzeba to ogarnąć jakoś po kolei. Nie wszystkie składowe da się używać razem, co już wspomniałam chociażby we wpisie o użyciu witaminy C.
Kombinując w ten sposób narobimy sobie więcej szkód niż pożytku, więc każda, podkreślam KAŻDA pielęgnacja musi być solidnie przemyślana. Najlepiej pomyśleć czego nasza skóra potrzebuje najbardziej i zrobić sobie listę pielęgnacyjną, (zwłaszcza przed zakupami), a  potem się jej trzymać.





      Ostatnie, czego się nauczyłam przez te lata, to korzystanie ze strony cosdna. Składy czytałam już wcześniej, ale nie zawsze mi potrafiły wszystko powiedzieć. Teraz każdy zakup kosmetyczny z Korei lub Japonii konsultuję z tą stroną, gdzie składy kosmetyków są poddane analizie i wyraźnie widać, który składnik może podrażnić, który zwyczajnie zapchać skórę i jakie jest jego bezpieczeństwo stosowania. Oprócz tego jest informacja, jaką funkcję pełni on w kosmetyku. Bardzo wygodna strona, która oduczyła mnie kupowania tylko ze względu na ładne opakowanie.
 
Czy kurczowo trzymam się dziesięciu kroków?
      Oczywiście, że nie. Nie widzę potrzeby odwalania ich rano, kiedy nasza skóra wymaga tak naprawdę tylko przygotowania pod makijaż. Na pewno ją myję, żeby usunąć nocny brud, sebum, etc., ale bez sensu używać olejków, wystarczy pianka/żel. Jeden krok już odpada.
Maska rano? Jeśli masz czas, a maska ma energizować skórę to ok. Ja z reguły go nie mam. Kolejny krok w tył.
Toner zawsze, ale jeśli Twoja esencja ma wodnistą konsystencję, czemu nie stosować jej zamiennie?
No i lotion nawilżający, jeśli trafisz ma taki ze sporym filtrem UV, masz już dwa w jednym. Jak widać można mocno skrócić poranny rytuał.
   Do tego tak naprawdę to od Ciebie zależy, ile „kroków” zrobisz. Możesz zrobić trzy, możesz zrobić trzynaście, zależnie od tego, jak się z tym czujesz.
Nie bądź niewolnikiem książkowych nakazów -  kombinuj, mieszaj, sprawdzaj. Pielęgnacja skóry ma być dla ciebie przyjemnym rytuałem, a nie obowiązkową i upierdliwą koniecznością.
   Tak samo kosmetyki. Nie masz ochoty kupować z Korei? Ok, jestem pewna, że sporo polskich firm ma do zaoferowania fajne kosmetyki, które możesz dopasować sobie do swojego rytuału. Wybieraj i przebieraj, jesteś świadomym konsumentem.
Takie to moje przemyślenia po paru latach korzystania z dobroci azjatyckiego kosmetycznego rynku.

A Wy, jakie macie zdanie na ten temat? Chętnie je poznam :)