czwartek, 23 lutego 2017

[MISSHA] Deep clear cleansing balm - recenzja

    Czas najwyższy na kolejną recenzję. 
Tym razem jest to kosmetyk, którego nie miałam absolutnie w planach zakupowych, właściwie nawet nie wiedziałam, że istnieje. Ale jest i to nawet cała seria.
Jakiś czas temu wzięłam udział w testowaniu kosmetyków koreańskich i przypadł mi właśnie ten - Deep clear cleansing balm z firmy MISSHA.
Firma jest kolejnym, wielkim koncernem kosmetycznym w Korei i tu taki mały off-top: jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do odczytywania nazw angielskich, że często nazwa jest odczytywana jako "missza", czy to na polskich czy na angielskich kanałach YT, i sama też tak mówiłam. Jednak ostatnio mam dużą styczność z Koreankami i one mówią na to tak, jak jest napisane, czyli "misa", z takim delikatnym bezdźwięcznym "h". 
Wracając do tematu: oficjalną filozofią firmy jest wysoka jakość za rozsądną cenę, poza tym sporo ich kosmetyków jest rekomendowane dla osób bardziej dojrzałych - tak po trzydziestce. 
Mając w pamięci pienia anielskie nad ich Treatment essence i chyba sztandarowym kremem BB - Perfect Cover, byłam ciekawa, jak spisuje się kosmetyk czyszczący. 
 Kosmetyk dotarł do mnie w małym pudełku, w którym znajdował się szklany słoiczek o pojemności 100g i przezroczysta, plastikowa szpatułka. 
Według producenta, jest to balsam oczyszczający, zamieniający się pod wpływem temperatury ciała w olejek. Ma delikatnie, ale dokładnie oczyszczać skórę z makijażu, nawet wodoodpornego. W kosmetyku zawarte są dwa kompleksy:
Deep Clean Complex - ekstrakt z nasion moringi (czysta skóra), ekstrakt z owoców jałowca pospolitego (kolejny oczyszczacz), allantoina (usuwa martwe komórki), ekstrakt z zielonej herbaty (dba o pory skórne).

Vita Complex - ekstrakt z camu camu (B1), ekstrakt z rokitnika (B2), ekstrakt z pomarańczy (C). Kompleks witamin B1, B2 i C ma chronić i odżywiać skórę, oraz pozostawić ją oczyszczoną i rozjaśnioną. 
Co ciekawe, balsam ma oczyszczać bardzo głęboko pory - czyli, w zasadzie, coś dla mnie.
Po otwarciu ukazuje nam się coś zbliżonego do wazeliny, o bardzo delikatnym, kwiatowym zapachu.
 Skład: Mineral oil, Cetyl Ethylhexanoate, PEG-12 Diisostearate, Poliethylene, PEG - 10 Isostearate, PEG - 8 Diisostearate, Myrciaria Dubia fruit extract, Citrus Aurantium Dulcis  (orange) fruit extract, Hipphophae Rhamnoides extract, Camellia Sinensis leaf extract, Juniperus Communic fruit extract, Moringa Oleifera Seed extract, Nelumbo Nucifera Flower extract, Allantoin, Fragrance. 

Analiza: http://www.cosdna.com/eng/cosmetic_e65d275923.html

I tak jak do roślinnych ekstraktów się nie czepiam, tak na dzień dobry zirytował mnie olej mineralny na pierwszym miejscu. Serio? Pochodną z ropy naftowej myję twarz? No nic, idziemy dalej.
Nadszedł wieczór, czas wypróbować to cudo. Nie usuwałam wcześniej makijażu oczu, bo byłam ciekawa, jak sobie poradzi ten balsam, w końcu ma usuwać też makijaż wodoodporny.
Wystarczyła niewielka ilość na dłoni i rzeczywiście po chwili balsam zmienił się w olejek. Zgodnie z nauką koreańskich kobiet wmasowałam go sobie w twarz dokładnie, by olejek połączył się z makijażem. Nie było żadnego problemu, ale w odczuciu ten olejek był gęstszy niż zwykłe olejki myjące, których uzywam.  Po paru minutach masażu, kiedy uznałam, że kosmetyki kolorowe są wystarczająco związane z balsamo-olejkiem, zaczęłam zmywać ciepłą wodą, tak, jak zaleca producent. Według niego olejek powinien zmienić się w mleczną emulsję i całkowicie zniknąć z twarzy, razem z kosmetykami kolorowymi.
I tu zaczęły się schody. Mimo wielokrotnego płukania, cały czas czułam warstwę olejku na twarzy, co oficjalnie powinno spłynąć już przy dwóch, trzech pierwszych płukaniach. Nie zauważyłam zbytnio zamiany olejku w emulsję, może małym stopniu...Ale po moich doświadczeniach z olejkami myjącymi, było tego zdecydowanie za mało. 

Mało tego, na ręczniku nadal znajdowało się sporo kosmetyków kolorowych, co nie powinno mieć miejsca. Dopiero użycie pianki załatwiło sprawę. I nie zrozumcie źle, ja zawsze stosuję dwustopniowy etap oczyszczania, ale po olejkach z Innisfree czy The Face Shop, pianka usuwała mi tylko jakieś nieliczne pozostałości, a na pewno nie czułam po spłukaniu olejków na twarzy. A tu nie dość, że zostały kosmetyki, to jeszcze mam tłusty film na twarzy. Próbowałam podejść do tego balsamu ze wszystkich możliwych stron, kombinując z rożnymi temperaturami wody, różną ilością balsamu (początkowo myślałam, ze po prostu zbyty dużo go nałożyłam na twarz), ale za każdym razem rezultaty były podobne. 

Jak na głęboki oczyszczacz, wcale nie uważam go za dobry. Ani skład mnie nie zachęcił, ani to, jak zachowywał się na twarzy i szczerze rzecz biorąc, przy mojej mieszanej cerze mam wrażenie, że mógłby mocno zapychać, co trochę odczułam. Po odstawieniu kosmetyku problemy skórne zniknęły.

Zawiodłam się na nim mocno, a jeśli chodzi o oceny...Cóż:
Opakowanie: 7/10 (nie przepadam za pomarańczowym kolorem :))
Skład:            4/10 (za ten olej mineralny na początku).
Zapach:         10/10 (ładny, kwiatowy, delikatny)
Działanie:       2/10 (niestety)
Cena:            od 11$ na koreadepart.com; od 14€ na stronie niemieckiej Missha, na polskich stronach jeszcze nie widziałam.