czwartek, 18 sierpnia 2016

Kosmetyki Dalekiego Wschodu. Warto, czy nie? Dziesięć kroków azjatyckiego dbania o cerę, cz.2

Niedawno rozpoczęłam temat azjatyckiego dbania o skórę, przy okazji opisu moich kosmetyków. Pierwsza część jest tu (klik), a film tu. Dziś pora na część drugą- film pod tym adresem.


Krok piąty - odżywianie (esencja)
Esencja jest produktem specyficznym dla rynku Dalekiej Azji, w naszym kraju-raju do tej pory nie była spotykana. Ze względu jednak na boom pielęgnacyjny, ten kosmetyk można spotkać (i dostać) coraz częściej. To główna część pielęgnacji, gdyż jest to specyfik zawierający skondensowaną formę składników pielęgnacyjnych, ukierunkowanych na nasz problem skórny. Niestety, jako, że dopiero zabrałam się za ten typ pielęgnacji, jeszcze nie zdążyłam się zaopatrzyć w odpowiedni kosmetyk. Ale wrześniowe zakupy już za pasem :)

Krok szósty - odżywianie (serum, ampułki, koncentrat).
I mamy kolejny specyfik na twarz, nieco gęstszy niż krem, ale rzadszy od esencji. W porannym rytuale możemy sobie to odpuścić, ponieważ ma za zadanie również koncentrować się na pojedynczym problemie naszej skóry. I znów - ja nie posiadam nic takiego, ale w tym miejscu używam mojej emulsji z Secret Key ze śluzem ślimaka. Ma za zadanie zwalczać zmarszczki, ale również silnie nawilżać. No, zobaczymy, jak na razie ciężko jej idzie z przekonaniem mnie do niej. Plus jest taki, że ma ładne opakowanie i zapach.

Krok siódmy - odżywianie (maseczki).
Wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, najlepsze maseczki są w płachcie. Materiał przytrzymuje wam wszystkie substancje, żeby nie spływały, utrzymuje ciepłą temperaturę, więc kosmetyk działa lepiej i ogranicza dostawanie się powietrza, tym samym nie będzie wysuszać. Fajna rzecz, dostępna również u nas. Jak zwykle, do zaopatrzenia się. (kurczę, druga część coś u mnie kuleje ze stanem posiadania...:))

Krok ósmy - pielęgnacja oczu
Akurat tu rozpisywać się nie będę, bo stosuję polski specyfik, ale to kolejny krok pielęgnacji, którego nie wolno nam pomijać. :)

Krok dziewiąty - nawilżanie
To jest ten moment, kiedy stosujemy coś gęstego, czyli krem. Też się nie rozpisuję, bo chwilowo używam kremu -  tym razem -  francuskiego. 

Krok dziesiąty - FILTR PRZECIWSŁONECZNY
Napisałam wałami, ponieważ jest to bardzo ważne. Opalanie u nas nadal jest na topie, ale prawda jest taka, że wcale nie jest fajne, ani zdrowe. Mówicie, kąpiele słoneczne? Używając filtrów i będąc na słońcu też takowych zażywacie, nie musicie wystawiać na słońce skory bez osłony. W pierwszej części, na zdjęciu twarzy kierowcy zawodowego widzicie, co się dzieje ze skórą, która jest nadmiernie wystawiana na promienie słoneczne: szybciej się wysusza, tworzy się więcej zmarszczek, tym samym szybciej się starzeje. Nie mówiąc o raku skóry, na który się narażacie. Koreanki mają jeden z najniższych współczynników zachorowalności na raka skóry, ale tam już dzieciaki uczy się smarować kremami z filtrem. Ja używam Eucerinu z SPF 30, ale przymierzam się do pięćdziesiątki. Ochrony nigdy za wiele  (pora roku absolutnie nie ma znaczenia, przypominam, że słońce potrafi opalić nawet zimą lub zza chmur, w cieniu :)).

No i teraz możemy sobie spokojnie przejść do widocznej tu kolorówki (o szamponie w proszku innym razem, przy okazji pielęgnacji włosów).
Widoczny słoiczek z piękną, błękitną nakrętką w różowe kropki należy do kremu bb firmy Holika Holika - Aqua petit jelly. Uwielbiam koreańskie kremy bb. Po pierwsze są jasne, po drugie, wiele z nich ma żółtawy, ciepły odcień, po trzecie, całkiem nieźle kryją, po czwarte ma SPF 20 PA++. Co to oznacza? Pewnie większość wie, ale przypomnę. Mamy dwa rodzaje promieni słonecznych: UVA (przyspieszają procesy starzenia się skóry) i UVB ( tez przyspieszają, ale mniej wrednie i opalają skórę). Jak przeciwko tym drugim mamy pełno SPFów, tak o tych pierwszych się jakoś mało mówi, a filtry są oznaczone literkami PA i plusami (zwróćcie uwagę czy macie coś takiego na swoich kremach przeciw opalaniu :)). Trzy plusy to wysoka ochrona, dwa, to już całkiem nieźle. Wobec tego literki, cyferki i plusy, to dobry powód, by zainwestować w koreańskie kremy bb - chyba, że znajdziecie u nas takie kremy z filtrem PA.

Następnym kosmetykiem jest mój ukochany puder ze SkinFood - Peach sake silky finish powder. To jeden z tych kosmetyków, po których bardzo bym płakała, gdyby gdzieś zaginął. Jest cudowny. Bardzo drobno zmielony, matujący, bielący (dlatego wskazany tylko dla porcelanowej i bardzo jasnej cery), pachnący delikatnie brzoskwinią w ślicznym opakowaniu. Kosztuje niecałe 40 zł, a używam go co dzień od ponad pół roku i nie wiem, czy połowa została zużyta. Dla mnie mój "Must Have".

I ostatnia rzecz - oliwkowozielony eyeliner od Holika Holika. Mam do niego bardzo mieszane uczucia. Kolor przecudowny, taki, jakiego zawsze szukam w kosmetykach, bo bardzo lubię ten odcień zieleni. Ale nakłada się go koszmarnie przez plastikową końcówkę. Do tego na powiece mam wrażenie, jakby ciągle się kleił, mimo, że zastygł. Na czarnym eyelinerze wygląda lepiej, ale wolę mieć pojedynczy eyeliner niż robić wyzwanie kosmetyczne "100 warstw"....Jakoś niezbyt mi podszedł, jak na tę firmę uważam, że zrobili coś średniego. Z drugiej strony porównuję to z naszymi eyelinerami, może w Korei lubią właśnie takie?....

Tyle jeśli chodzi o azjatyckie dziesięć kroków i o moje kosmetyki.
Od przyszłego miesiąca, po zakupach robię kompleksową dziesiątkę i zobaczymy, czy w jakiś sposób pomoże to w walce z niedoskonałościami mojej cery. 
Wynikami na pewno podzielę się na blogu i w filmiku. Podejmiecie się tego ze mną? :)